Na pierwszy rzut oka robią to samo: planują, magazynują, przewożą. A jednak logistyka wojskowa i cywilna działają w zupełnie innych światach – z inną stawką, innym ryzykiem i innymi priorytetami. Przyglądamy się temu, co je radykalnie różni i gdzie zaczynają się zaskakujące podobieństwa.
Wyobraź sobie dwie sceny.
W pierwszej – centrum dystrybucyjne dużej firmy e-commerce. Na ekranach widać wskaźniki KPI, czasy dostaw, poziomy zapasów. Manager logistyki zastanawia się, czy przenieść część towaru do innego magazynu, żeby skrócić czas dostawy o jeden dzień i poprawić marżę o kilka punktów.
W drugiej – wysunięta baza wojskowa. Konwój z paliwem i amunicją ma wjechać na drogę, o której wywiad przed chwilą doniósł, że może być zaminowana. Oficer logistyki liczy nie tylko palety, ale przede wszystkim szanse, że dostawa dojedzie, zanim przeciwnik zmieni sytuację na froncie.
Na papierze to ta sama logistyka: planowanie, transport, magazyny, zapasy, systemy informatyczne. W praktyce – dwa różne wszechświaty.
Misja kontra marża
Najprościej różnice widać w odpowiedzi na pytanie: po co w ogóle robimy logistykę?
W wojsku nadrzędnym celem jest zdolność do prowadzenia działań bojowych. Logistyka ma zapewnić, że żołnierz ma czym walczyć, czym jechać, co jeść i gdzie otrzymać pomoc – niezależnie od tego, co zrobi przeciwnik i w jakim stanie jest infrastruktura. Jeśli dostawa się spóźni, nie mówimy o „obsuwie w SLA”, tylko o ryzyku utraty życia i przegrania całej operacji.
W biznesie logistyka ma wspierać konkurencyjność firmy. Liczą się koszty jednostkowe, czas dostawy, dostępność produktu na półce czy w aplikacji, satysfakcja klienta. Spóźniona ciężarówka raczej nie zakończy się stratami w ludziach – za to może przynieść kary umowne, utratę kontraktu albo zalew negatywnych opinii w internecie.
Dlatego w wojsku koszty są ważne na etapie planowania i budżetowania, ale w sytuacji operacyjnej schodzą na drugi plan wobec misji. W biznesie bywa dokładnie odwrotnie: misja (wizja firmy, obietnica dla klienta) musi się zmieścić w Excelu.
Inne środowisko, inny poziom ryzyka
To, co w logistyce cywilnej uznalibyśmy za „czarny scenariusz”, w wojskowej bywa codziennością.
Łańcuch dostaw wojska działa często w warunkach, w których:
- infrastruktura jest zniszczona lub jej nie ma wcale,
- trasy mogą być ostrzeliwane, zaminowane albo celowo blokowane,
- sytuacja taktyczna zmienia się z godziny na godzinę,
- część informacji jest niepełna lub niejawna.
Stąd ogromny nacisk na odporność systemu: zapasy rozproszone geograficznie, alternatywne trasy, mobilne magazyny, polowe punkty medyczne, planowanie wariantowe („jeśli most zostanie zniszczony, przechodzimy na scenariusz B, C albo D”).
W logistyce cywilnej środowisko jest, mimo różnych kryzysów, zwykle stabilniejsze. Drogi, porty, terminale kolejowe, centra logistyczne – to wszystko funkcjonuje według mniej więcej znanych zasad. Owszem, zdarzają się strajki, klęski żywiołowe, blokady granic, ale nadal mówimy o świecie regulowanym prawem, umowami i ekonomią, a nie ostrzałem artyleryjskim.
To przekłada się na podejście do ryzyka. Wojskowy logistyk codziennie inwestuje energię w to, żeby minimalizować ryzyko utraty zdolności bojowej. Logistyk cywilny – żeby minimalizować ryzyko strat finansowych, opóźnień i utraty reputacji.
Zapas życia vs. zapas kosztu
Mało który obszar pokazuje przepaść między tymi światami tak dobrze jak zapasy.
W wojsku zapas to gwarancja przetrwania. Utrzymywane są duże rezerwy paliwa, amunicji, części zamiennych, żywności czy środków medycznych. Część z nich leży w stałych magazynach daleko od linii frontu, część – w wysuniętych punktach, jeszcze inne – w magazynach polowych, które można szybko zwinąć i przenieść. Zapasy są rozproszone, żeby pojedynczy atak nie sparaliżował całego systemu.
W biznesie zapas to przede wszystkim koszt. Kapitał zamrożony w towarze, czynsz za magazyny, ryzyko przeterminowania czy utraty wartości. Dlatego tak popularne są koncepcje „odchudzania” łańcucha dostaw: Just-in-Time, Lean, centralizacja magazynów, cross-docking. Zapas ma być możliwie mały, ale nadal wystarczający, by nie denerwować klientów brakami towaru.
Co ciekawe, w obu światach używa się podobnych narzędzi – analizy zapasów, systemów MRP/ERP, prognozowania popytu/zużycia. Różnica leży w ustawieniu suwaków: wojsko woli „zbyt dużo niż zbyt mało”, biznes – „tyle, ile naprawdę musimy”.
Transport: konwój a „last mile”
Kolejny obszar pozornie wygląda podobnie: ciężarówki, pociągi, statki, samoloty. W praktyce transport wojskowy i cywilny rządzi się inną logiką.
W logistyce wojskowej kluczowe jest bezpieczeństwo konwojów i ich odporność na zakłócenia. Planowanie obejmuje nie tylko trasę i czas przejazdu, ale też:
- osłonę (zabezpieczenie militarne),
- rozpoznanie (czy trasa jest bezpieczna),
- warianty alternatywne (objazdy, przeprawy, lądowiska polowe),
- maskowanie (żeby przeciwnik nie wiedział, co i dokąd jedzie).
W logistyce cywilnej transport też jest krytyczny, ale priorytety są inne: koszt, czas, terminowość, ślad węglowy. Trasy optymalizuje się pod kątem oszczędności i jakości serwisu, a nie uniknięcia ostrzału. Pojęcie „last mile” oznacza dotarcie do drzwi klienta lub do paczkomatu, a nie rozwiezienie zaopatrzenia po jednostkach w strefie działań.
Systemy, dane i… tajność
Tu podobieństwa są wyjątkowo widoczne. I wojsko, i biznes korzystają z zaawansowanych systemów informatycznych: od klasycznych ERP, WMS i TMS, po rozwiązania oparte na IoT, big data i sztucznej inteligencji. W obu światach liczy się aktualna informacja o tym:
- gdzie są zasoby,
- w jakim są stanie,
- ile ich jeszcze zostało,
- jak szybko można je przemieścić.
Różnica leży w otwartości danych. W łańcuchach dostaw cywilnych wiele informacji jest współdzielonych z dostawcami, operatorami logistycznymi, klientami. Śledzimy przesyłki w aplikacji, integrujemy systemy z hurtownią danych partnera, synchronizujemy prognozy.
W wojsku logistyka jest częścią szerokiego systemu dowodzenia i rozpoznania, ale informacja ma często klauzulę niejawności. Dostęp do danych jest ograniczany nie po to, by utrudniać życie logistykowi, ale by nie ułatwiać go przeciwnikowi. Tam, gdzie w biznesie dominuje hasło „sharing is caring”, w wojsku wciąż obowiązuje zasada „need to know”.
Ludzie: ci sami analitycy, inne pole gry
Za systemami, pojazdami i magazynami stoją ludzie – i tu również widać i podobieństwa, i różnice.
Logistycy wojskowi przechodzą szkolenia łączące wiedzę logistyczną z wojskową. Muszą rozumieć taktykę, specyfikę sprzętu, procedury bezpieczeństwa i jednocześnie umieć planować, liczyć, analizować dane. Funkcjonują w kulturze silnej hierarchii, rozkazów, odporności na stres i gotowości do działania w warunkach skrajnych.
Logistycy cywilni rekrutują się z kierunków typu logistyka, zarządzanie, inżynieria, ekonomia. Uzupełniają kompetencje certyfikatami i szkoleniami branżowymi. Działają w kulturze nastawionej na efektywność, innowacje, współpracę z klientami i dostawcami. Zamiast rozkazów – cele, budżety i KPI.
Wspólny mianownik? Umiejętność pracy z danymi, myślenie analityczne, praca zespołowa i podejmowanie decyzji w warunkach niepewności. Różni się tylko stawka tych decyzji.
Gdzie te światy się spotykają?
Granica między logistyką wojskową a cywilną jest dziś bardziej przepuszczalna niż kiedykolwiek. Wojsko szeroko korzysta z cywilnej infrastruktury: portów, lotnisk, terminali kolejowych, sieci drogowej, magazynów czy usług serwisowych. Coraz więcej zadań wykonują dla armii prywatne firmy logistyczne w ramach kontraktów i partnerstw.
Z drugiej strony, sektor cywilny czerpie z doświadczeń wojskowych w obszarze zarządzania ryzykiem, budowania odporności łańcuchów dostaw, planowania scenariuszowego. Pandemia, wojna, kryzysy energetyczne czy zablokowanie Kanału Sueskiego pokazały, że „pokojowe” łańcuchy dostaw też potrafią znaleźć się w warunkach bardzo dalekich od stabilności.
Coraz więcej rozwiązań ma charakter „dual-use” – sprzęt, technologie i infrastruktura projektowane są tak, by w czasie pokoju obsługiwały rynek cywilny, a w razie potrzeby mogły zostać wykorzystane przez wojsko lub w działaniach kryzysowych i humanitarnych.
Po co biznesowi wiedza o logistyce wojskowej?
Czy przedsiębiorcy i menedżerowie logistyki w firmach cywilnych powinni śledzić to, co dzieje się w logistyce wojskowej? Wbrew pozorom – tak.
Po pierwsze, uczy ona myślenia „na wypadek gdyby”. Nie tylko planu B, ale też C, D i E. W świecie zaburzonych łańcuchów dostaw oznacza to lepsze przygotowanie na kryzysy: od dywersyfikacji dostawców, przez alternatywne trasy, po zapasy bezpieczeństwa dla kluczowych produktów.
Po drugie, pokazuje, że nadmiarowe zasoby nie zawsze są złem koniecznym. Czasem warto zapłacić za dodatkową „poduszkę” – zapas, alternatywnego operatora, rezerwową infrastrukturę – bo koszt jej braku może być niewspółmiernie wyższy.
Po trzecie, przypomina, że za każdą decyzją logistyczną stoją ludzie. Nawet najbardziej zaawansowany system IT nie zastąpi przygotowanego personelu, który potrafi zachować zimną krew, przełączyć się na tryb kryzysowy i improwizować w granicach rozsądku.
I odwrotnie: czego wojsko uczy się od biznesu?
To nie jest jednostronna inspiracja. Armie na całym świecie przyglądają się rozwiązaniom sektora prywatnego: automatyzacji magazynów, analityce danych, sztucznej inteligencji w planowaniu transportu, modelom współpracy z operatorami logistycznymi. Skala globalnych firm e-commerce czy sieci handlowych wymusza innowacje, z których wojsko chętnie korzysta.
W efekcie oba światy – mimo ogromnych różnic – coraz mocniej się przenikają. I dobrze, bo ostatecznie chodzi o to samo: żeby właściwy zasób trafił we właściwe miejsce, we właściwym czasie, w odpowiedniej ilości i jakości. Po prostu w jednym przypadku stawką jest wskaźnik rentowości, a w drugim – bezpieczeństwo państwa i ludzkie życie.
tm, zdjęcie z abacusai